Thriller, kryminał, sensacja

⏳ 4 min 44 s

629 kości – M. M. Perr

Debiut “629 kości” M. M. Perr to powieść wielowątkowa, w której mamy z pozoru prostą sprawę. Są kości, są dziennik i jest podejrzany. Co może tutaj iść nie tak, jak trzeba? Jak się okazuje, całkiem sporo, zwłaszcza, gdy wmiesza się w to politykę.

Bezimienne kości, żywe problemy

Jak wskazuje tytuł, główny wątek powieści będzie obracać się wokół owych 629 kości. Zostają one odnalezione w Bieszczadach na całkowitym wypupiu przez grupę maturzystów, która się tam przypadkiem zapuściła. Sprawa trafia później w ręce policji, ale rozwiązanie sprawy i między innymi odkrycie tożsamości ofiar nie jest łatwe, a znalezione przy nich zapiski nie ułatwiają niczego. Wprawdzie podejrzany zostaje znaleziony dość szybko, ale ani myśli współpracować z policjantami i jak się okazuje właściwie bez problemu może się wszystkiego wyprzeć. No nie jest dobrze.

Nie jest to jednak jedyny element powieści, bo całość zostaje mocno okraszona wątkiem politycznym. Chodzi tutaj nie tylko o odbywający się w tle zjazd NATO i aspiracje Pani Premier, ale prawdopodobne pochodzenie ofiar.

Autor, podobnie jak inni, sięgnął do tych najbiedniejszych czy też mających różne problemy osób czy rodzin, których codzienność zakrawa nieraz o patologię. Zrobił to jednak inaczej – mocno podkreślił bowiem samą sytuację na przykładach, a nie budował konkretną sylwetkę jednej postaci. Przez to ten wątek i to jak w jakim kierunku on się rozwija wygląda spójnie i logicznie z całością historii. Nie musimy się domyślać, o co chodzi, gdyż mamy to pokazane wydarzeniami. Całość tym bardziej jest intrygująca, że jeden przypadek dotyczy właściwie „porządnej rodziny”.

Perr pokusił się także o kolejną nie łatwą kwestię, a mianowicie politykę. Wplątanie jej w śledztwo najprawdopodobniej w sprawie wielokrotnego morderstwa nie było aż tak łatwe jak się z pozoru wydaje. Ale się udało właśnie dzięki zjazdowi NATO, nadającemu całości atmosferę podszytą uciekającym czasem, wykorzystanie osób z tzw. “marginesu społecznego” oraz poprzez oddanie głosu osobom postronnym. Chociaż głównym narratorem jest tutaj Podkomisarz Robert Lew, to swoje dwa grosze wtrąci m.in. jego żona i pani premier.

Plejada postaci

Właśnie poprzez wieloosobową i zarazem pierwszoosobową narracją, na którą coraz częściej natykam się w różnych kryminałach, mamy szeroki obraz sytuacji. Pozwala on nam zrozumieć postępowanie nie tylko głównego bohatera, ale także postaci pobocznych. Wszystko to rzuca dodatkowe światło na wątek główny oraz wprowadza dodatkowe wątki poboczne wiążące się z trzonem historii.

Ciężko mi tutaj nie nawiązać do „Grzechu” Maxa Czornyja, gdzie także mamy ten sposób narracji podobnie wiążący się z trzonem fabuły. Nie tylko poszerza on punkty widzenia, ale także skłania nas w zasadzie do zastanawiania się na ciągiem dalszym. Tutaj także, wbrew pierwszym obawom, dialogi czy spojrzenia inną parą oczy są wsadza w konkretnym celu. Jedne z nich przyjdzie nam odkryć dopiero (i na szczęście) na końcu powieści.

Postacie te są przy tym różnorodne i mają jasno określone cele, osobowości. Nie oglądamy tutaj parady klonów, tylko konkretnych bohaterów. Fakt, komisarz Lew zaniedbujący rodzinę na rzecz pracy zalatuje mi tutaj już standardem, podobnie jak wyrachowana Premier Ewa. Nie wpływa to jednak na ogólny odbiór czy rozwój historii, ale w chwili zastanowienia się nad powieścią, zwłaszcza gdy czyta się sporo takich książek, rzuca się w oczy.

Spokojny, ale mocny

Wracając jednak do ogólnego zarysu powieści to warto zaznaczyć, że opis widniejący z tyłu niewiele powie nam o tym, co właściwie dzieje się w środku. A dzieje się tam dużo, tylko w dość spokojnym tempie. Nie ma pościgów, strzelanin czy ucieczek jak np. w cyklu o Amosie Deckerze. Jest podobnie, bo nasi śledczy chodzą, szukają i pytają, ale bez krwawej jatki. W przeciwieństwie do powieści Chrisa Cartera tu badamy sprawę post factum, bardzo post factum. Choć to dość mocno tradycyjne śledztwo, to mocnych wątków i silnych akcentów tutaj nie brakuje.

Cały psychologiczny i społeczny element opowieści, który rozwija się, gdy morderstwo wycieka do mediów jest dobry. Spina się z narastającym napięciem i koniecznością wskazania i skazanie winnego. Gęsta atmosferę podsycają także wspominane wypowiedzi innych postaci, nieraz wiązane z ich życiem prywatnym czy ambicjami.

Trzeba też tu wspomnieć o zakończeniu, które ze wszech miar jest otwarte. Nie tylko nie zamyka nam definitywnie śledztwa, ale tworzy nowy plot do dalszego rozwoju. Spójrzmy jednak prawdzie oczy – poszlakowe śledztwo, gdzie nawet nie da się zidentyfikować ofiar, nie może zakończyć się łatwo i przyjemnie, nawet przy cudach dzisiejszej techniki. A tutaj happy endy zdecydowanie nie ma co się spodziewać.

Wiem, że może trochę irytować to, że właściwie nie wiele się wyjaśnia, a więcej gmatwa. Jeżeli jednak potraktujemy to jako rozbudowane preludium do dalszych tomów, to możemy zacierać rączki na myśl o kontynuacji (zdecydowanie już się cieszę na myśl, że może będzie tego więcej). Bo jeżeli chodzi o wydarzenia, to zapowiada się naprawdę dobrze – działo się sporo, sporo się namieszało i nie wiele się rozwiązało.

Czy polecam? Tak, bo debiut udany i z chęcią sięgnę po więcej przygód tego warszawskiego Lwa.

Plusy:

  • pomysł na fabułę i postacie
  • stopniowe rozwijanie wątków
  • wielowątkowość
  • wpleciona polityka

Minusy:

  • za mało postaci antagonisty
  • za dużo postaci Lwa
  • akcja mogłaby być ciut szybsza
  • za mało dochodzenia

Szczegóły:

Cykl: Podkomisarz Robert Lew

Numer tomu: I

Liczba stron: 352

Numer wydania: I

Data pierwszego wydania: 10.11.2020

Data tego wydania: 10.11.2020

Wydawnictwo: Prozami