Fantastyka

⏳ 4 min 57 s

Zamek widmo – Wasilij Machanienko

W czwartej części „Drogi Szamana”, czyli w „Zamku widmo” Wasilij Machanienko kontynuuje przygody Szamana Mahana. Akcja nie zwalnia tempa, gdyż ciągle coś się dzieje, a intrygi z rangi międzyosobowej przybierają rangę wręcz między imperialną. Czy coś mogło pójść nie tak? Niestety tak.

Legendy Barliony

W „Zamku widmo” Mahan, który dorobił się już swojego niecodziennego klanu, będzie go rozwijać, a jednocześnie polować na tytułową budowlę. W ten sposób ze zwykłego przestępcy stał się postacią legendarną, która nie patrzy już na rozwój własny, a rozgląda się za osiągnięciami i unikalnymi zadaniami. W ten sposób Szaman ciągle gdzieś biegnie, coś robi i nie ma nawet chwili na odpoczynek. Został też wpakowany w sam środek intryg, które go przerastają.

Całość byłaby nawet sensowna i poszczególne elementy książki ładnie by się ze sobą zgrywały, gdyby nie to, że jest tego zwyczajnie za dużo. Aż słychać jak fabuła już puszcza tutaj na szwach z nadmiaru…wszystkiego.

Poprzedni tom:
Tajemnica Mrocznego Lasu – Wasilij Machanienko

Tutaj parę wzmianek o klanie, tam parę informacji o samym Szamanie i jego Totemie, a tutaj znów pędzimy z kolejnym zadaniem. Natłok wydarzeń składających się na akcję jest zbyt duży i spokojnie można by nią obdzielić ze dwa tomy. Tym bardziej, że w większości wypadków, przydałyby się konkretne i bardziej szczegółowe opisy, a jedyny taki bardziej rozbudowany otrzymujemy przy okazji bitwy o Zamek Urusaj. W ten sposób upasiona fabuła cierpi na niedobór pokarmów podstawowych – opisów wyjaśniających.

Samego opisu klanu też jest jak na lekarstwo i chętnych poznać szczegółowe zasady wiążące się z posiadaniem i rozbudową klany pewne chciałoby wielu. Niestety autor tym razem zapomniał, że czytelnik potrzebuje przewodnika po jego wymyślonej grze.

Wielki Szaman

Natomiast Mahan chyba przetrenował się u Patriarchy (sam początek powieści), bo jego intuicja oraz inteligencja poleciały w dół na łeb na szyję. Jak ostatni dureń daje się podpuścić w Narlaku radzie miasta i nie jest w stanie przystanąć, aby podumać nad tym nagłym zainteresowaniem jego zamkiem przez tyle…osobistości. Wybaczcie, ale to nie Szaman, jakiego miałam okazję spotkać, Szaman, który kalkulował swoje decyzje i zastanawiał się (poza wyjątkowymi sytuacjami) na bilansem zysków i strat.

Ale zamiast myśleć to robi zadanie jedno za drugim, pakuje się w podziemia a nawet w historię Trójlistników (ją to bym widziała szerzej opisaną, a nie tylko zwięźle w jednym rozdziale). Na szczęście jednak, gdy przychodzi do momentów, w którym na szali waży się jego smoczność lub szamanizm wraca stary dobry druh, wsłuchujący się w siebie. Te krótkie momenty przestoju, zadumania są takim maleńkimi elementem wytchnienia w tej wielkiej gonitwie.

Poprzez natłok akcji ucierpiała też kreacja postaci, które są tutaj zaledwie zarysowane, a nie wykreowane, jak w poprzednich tomach. Ciężko więc coś więcej powiedzieć o nich, skoro poza Mahanem i Nastką, wszyscy pojawiają się zaledwie na mrugnięcie okiem i czasem trochę odstają od samych siebie z poprzednich tomów.

Za dużo i za szybko

Już od początku wspominam, że książka jest upasiona akcją, co tylko odbija się czkawką. Pewne tak miało być, ale się to nie sprawdziło. Czytelnik może się zgubić w wątkach, powiązaniach i intrygach, które nie zostały tutaj nijak i przez nikogo wyjaśnione. Zamiast napięcia, które tak zgaduję, miało być zbudowane przez ten natłok, czuć zmęczenie ciągłymi pędzącymi jak na złamanie karku wydarzeniami oraz jeszcze większe zdezorientowanie.

Niestety książka wygląda jak jeden wielki worek z pomysłami, które są połączone bez większego składu i ładu. Zawartość „Zamku widmo” to taki naszyjnik robiony przez przedszkolak biorącego przypadkowe koraliki o różnym kształcie i kolorze. Niby jakoś to wygląda i się klei, ale jednak nie do końca. Wpakowany tam jeszcze wątek miłosny zupełnie nie pasuje do wydarzeń ani nie ma większych podstaw rozwoju (motyw jin i jang mnie nie przekonał).

Czy coś jednak wyszło? Tak, zdecydowanie parę elementów się udało i mam wielką nadzieję, że zostaną one rozbudowane w dalszych tomach. Pierwsza z nich to wspominani Trójlistnicy, którzy są kreowani na niezwykłą rasę. Historia smoków – ten wątek bardzo intryguje swoim skomplikowaniem, podobnie jak wciąż nierozwiązana zagadka wylądowania Machana w więzieniu i jego magnes na unikalne zadania. Ciekawie zapowiada się też historia Szachów Karmadonta, które w tomie szóstym (sądząc po jego tytule) będą stanowić trzon historii.

Powieść też nie straciła nic ze swojej wielowymiarowości i nieoczywistości zdarzeń, postaci i pobocznych opowieści. Wciąż czuć, że ten świat jest bardzo złożony i nic nie jest takie, na jakie wygląda. Utwierdzają nas w tym też wydarzenia czy rozmowy postaci.

W tym całym szaleństwie, w którym w tym wypadku metody sensownej nie zawierało, wciąż mamy prosty, przystępny język i lekką narrację. Zapewne, gdyby nie „lekkość pióra” oraz dobre tłumaczenie z rosyjskiego, pewnie wielu mogłoby się odbić od treści.

Słowem końcowym

Podsumowując mogę powiedzieć, że mam mieszane uczucia co do tego tomu. Z jednej strony dobrze się bawiłam, a z drugiej liczba facepalmów, które zrobiłam była spora. Nie tego się spodziewałam, tym bardziej, że tom więcej nagmatwał, nakomplikowął i pomieszał w tej i tak wielowarstwowej historii i skomplikowanym, złożonym świecie. Jest dobrze, ale niestety nie bardzo dobrze ani też genialnie, jak w pierwszych dwóch tomach.

Plusy:

  • pomysł na wydarzenia
  • pomysł na postacie

Minusy:

  • za dużo się dzieje
  • za mało wyjaśniających opisów

Szczegóły:

Cykl: Droga Szamana

Numer tomu: IV

Liczba stron: 476

Numer wydania: I

Data pierwszego wydania: 2014

Data tego wydania: 12.02.2021

Wydawnictwo: Insignis