Fantastyka

⏳ 4 min 44 s

Fabryka smoków – Jonathan Maberry

„Fabryka smoków”, której autorem jest Jonathan Maberry, to drugi tom cyklu o agencie imieniem Joe Ledger z tajnej organizacji WDN. Także i tym razem ten nieustraszony i sprytny facet będzie ratować świat od zagłady. Kategoria zagłady będzie w wadze ciężkiej, ale swe oblicze ukaże dopiero w krytycznym momencie.

Spiski przez duże „s”

O ile w „pacjencie zero” sprawa od początku byłą dość jasna, gdyż ktoś postanowił wyprodukować zombie, o tyle w „Fabryce” na samym początku wiemy nie wiele. Ktoś ustawił jakiś „Zegar wymierania”, wiceprezydent USA chce zniszczyć WDN a gdzieś na świecie ludzie umierają na choroby genetyczne dotykające tylko określone narodowości. I tu dochodzimy do istotnej kwestii – opis na okładce odnosi się zaledwie do jednego z wątków, czyli zmutowanych ludzi, który nawet nie jest główną osią całej powieści. Także nie warto sugerować się tym, co napisali z tyłu wydania papierowego.

Książka opiera się bowiem na wielu zależnościach i powiązaniach pomiędzy postaciami, które spiskują wzajemnie i przeciwko sobie. Wiemy, że ktoś, gdzieś i jakoś pociąga za sznureczki, ponieważ widzimy, że ot tutaj pojawiają się nowi pracownicy opłaceni przez dziwnego pana, tam giną agenci a tutaj ktoś dostarcza filmik z ukrytej kamerki. Stopniowo informacje, które pojawiają się na kartach powieści tworzą ogólny zarys kilku wątków zmierzających w różne strony. I tutaj można śmiało powiedzieć, że one się połączą, ale jednocześnie pozostaną oddzielne. I to jest piękne, gdyż nie ma tu jednej, prostej płaszczyzny, ale w jednym czasie i wokół tych samych osób splata się wiele różnych wydarzeń.

Autor dał całkiem zgrabny popis własnej pomysłowości wykorzystując historyczną, współczesną i być może, przyszłą wizję nauki. Podobnie jak wcześniej, mocno sięga po badania laboratoryjne nad istotą człowieka i jego możliwościami. W tym wszystkim nie przebrzmiewa jednak echo sztuczności czy jakiś fałsz, gdyż ta poplątana historia dobrze się prezentuje, zachowuje ciąg logiczny i w ogólnym rozrachunku ma sens.

Bohater przez duże „B”

W centrum tego wszystkiego ląduje oczywiście Joe Ledger, jako jeden z lepszych agentów WDN, choć całkiem „świeży”. Church wysyła go to tu, to tam by zbierał fragmenty układanki i odkrył, gdzie za chwilę z wielkim impetem wybije szambo. Mamy więc utrzymaną konwencję postaci z poprzedniego tomu. Joe jest zdolny, twardy i sprytny – nożem potrafi zabić potwora, który nie padł po wpakowaniu w niego całego magazynka. No można i tak… Szef tajnej agencji wciąż ma wszędzie kontakty i wciąż wszystko załatwi, w tym wybudzenie prezydenta z narkozy. Proś o co chcesz, a będzie ci od Churcha dane.

Oczywiście, to jest przerysowane, ale przy tym wpisuje się w konwencję całości, jak i w amerykański sposób kreowania bohaterów. Może to komuś przeszkadzać, podobnie jak masa żargonu naukowo-wojskowego, ale akurat on jest dobrze przyswajalny i nie wadzi, jak popatrzymy na to przez pryzmat tematyki powieści. Niemniej tutaj ci dobrzy zawsze są górą, zawsze w milczeniu robią swoje, zawsze ku chwale ratowania ojczyzny i całego świata. Na pohybel s…kurczybykom!

Bohaterstwo bowiem to w pewien sposób taki motyw przewodni, gdyż Joe potrafi przełożyć dobro, nazwijmy to, światowe, nad sprawy prywatne. Bo tak robią prawdziwi bohaterowi. I w ten sposób w każdej scenie z głównej postaci bohaterstwo zdaje się rosnąć proporcjonalnie do ilości przelanej krwi, cudzej i swojej własnej. Ale tak ma właśnie tutaj być. Przy czym on zdaje sobie sprawę, że zabija ludzi i w pewnym sensie mu to ciąży, co w kreacji tej postaci, przy jej przerysowaniu, wygląda dobrze. Przecież protagonista też potrafi mordować z szałem w oczach, ale ważna jest idea. Idea tutaj to słowo klucz.

Wspomnę tutaj jeszcze, że w tym tomie dowiemy się więcej o samej organizacji i jej szefie, a to całkiem ciekawa historia.

„Zło nie ma prawdziwej definicji. Możemy co najwyżej starać się je rozpoznać, kiedy je widzimy, a później je powstrzymać.”

Psychopaci przez duże „P”

Porzućmy jednak tego herosa nad herosami, gdyż spiski ktoś knuć musi, a bohaterowie muszą mieć z kim walczyć. W ten sposób w „Fabryce smoków” psychopatów i to takich konkretnych, a przy tym genialnych, nie brakuje. Maberry potrafi kreować antagonistów i wychodzą mu niczym te czerwone jabłuszka Macochy z „Królewny śnieżki”. Piękne i wyjątkowe z wierzchu, ale z chorobą ukrytą wewnątrz.

Dwie główne pary tych złych są ciekawie skonstruowane, gdyż od początku do końca trzymają się swoich idei i planów. Mają swoje tajemnice i wzniosłe idee oraz plan na własny porządek świata.

Podsumowując

Wciągnęłam tę książkę jak narkoman swoją działkę – szybko i do końca. Dobrze napisana, całkiem spójna i z ciekawym zakończeniem. Finał, jak sama nazwa wskazuje, tutaj był finałem i choć można podejrzewać, jak to się zakończy, to wszystkiego nie da się przewidzieć. Z radością odkrywałam kolejne kawałki tej wielowarstwowej układanki i niecierpliwie czekałam na chwile triumfu. Było epicko, było z wielkim rozmachem i było dobrze.

Ubolewam w tym wszystkim, że pozostałe tomy nie zostały przełożone na język polski – polowanie na zło jeszcze się przecież nie zakończyło.

Szczegóły:

Cykl: Joe Ledger

Numer tomu: II

Liczba stron: 649

Numer wydania: I

Data pierwszego wydania: 2010

Data pierwszego wydania PL: 06.12.2018

Data tego wydania: 06.12.2018

Wydawnictwo: Mag