One for my enemy - Olivie Blake recenzja zdjęcie książki

One for my enemy – Olivie Blake

Powieść „One for my enemy” Olivie Blake inspirowana dramatem „Romeo i Julia”, to historia miłosna osadzona w magicznej wersji współczesności dotykającą dwóch rodów o rosyjskich korzeniach. Więc mamy młodych połączonych wielką miłością. Przed Wami recenzja.

Wojna między rodami

Olivie Blake w „One for my enemy” wykreowała alternatywną rzeczywistość, gdzie między zwykłymi ludźmi żyją ci władający magią. Akcję osadziło na terenie Nowego Jorku i dotyczy ona dwóch rodów o korzeniach w Rosji. Pierwszy z nich, Fiodorowie, obejmuje ojca i jego trzech synów. Drugi, Antonowe, obejmuje matkę i jej sześć córek. Członkowie rodów oraz inne postacie występujące w powieści, zostały zaprezentowane na samym początku książki.

Chciała go zabić, pocałować, kochać go, zaciskać ręce na jego szyi.

A zaczyna się ona od tego, że Masza Antonowa, krzywdzi Dimę Fiodorowa, potem dwójka najmłodszych latorośli – Lew i Sasza – poznają się przez przypadek i rodzi się między nimi przyciąganie. Następnie zakochują się w sobie. Cała reszta, to już będą mocne spoilery.

Miłość nade wszystko

Biorąc do ręki „One for my enemy” trzeba pogodzić się z tym, że ludzie z miłości są gotowi na wszystko. Dosłownie. Miłość tutaj nie gaśnie, lecz rośnie z upływem czasu. I ten pomysł jest naprawdę dobry. W ogóle – pomysł na powieść broni się, jednak wykonanie ma tyle dziur, że to niestety boli.

Zacznijmy może od tego, że owe rody to nie są wielopokoleniowe rodziny o bogatej historii mocno osadzonej w Nowym Jorku. Żadnych więcej członków, niż ci opisani na początku, tam nie ma. Także pojęcia mocno przesadzone. Tak samo jak owa wielka wojna między nimi. Nie ma wojny. Ciężko ową wojną nazwać to, że akurat ze wszystkich rodzin magicznych te dwie postanowiły ze sobą rywalizować. Dwie z wielu o wiele starszej historii. I jak to jest możliwe, że akurat tylko one dwie, jak USA wielkie i szerokie, zajmują się nielegalną działalnością? Owszem, Stany duże, ale Nowy Jork nie jest byle jaką mieściną. Tam się powinno od takiego procederu roić. Tam to ciągle ktoś z kimś walczyć powinien.

Dlaczego jednak tylko dwie małe rodzinki? Wyjaśnienie kiepskie i w sumie mające mało sensu. Tak samo, jak dalsze postępowanie. Z racjonalnej perspektywy – mogli po ludzku założyć spółkę, nie trzeba było od razu nastawiać się tak wrogo. Biznesowo bardziej to by im się spinało, ale cóż. Jako podstawa do wielkiej nienawiści jest to słabe, nijakie i mało wiarygodne.

Sama kreacja postaci nie jest aż taka zła. Nie ma co się oszukiwać – ich charaktery nie są głębokie, wielowarstwowe i skompilowane. Są jednak wyraziste i dobrze wpisują się w ten kontekst, gdyż targają nimi namiętności, od miłości aż do nienawiści. Tylko w tym wszystkim nagła bezwzględność Saszy i zimne kalkulowanie wyrywają się poza spójną kreację. Do świata to może i pasuje, ale logiki w tym nie ma za wiele. Z postaci pobocznych jeden tylko Klamra ma jaki taki sens i jego postać nie ma tylu dziur, co reszta.

W ogóle sporo aspektów jest klejonych jakby na ślinę, zaczynając od Rady Czarownic, a na narkotykach kończąc. Całe tło, wydaje się być tylko po to, aby być ramą dla dramatycznego uczucia. I tak pewnie jest. Niestety na tym cierpi wiarygodność powieści.

I tak, nie ma tutaj wyjaśnione jak działa magia ani dlaczego tylko niektórzy ją mają.

Bez wchodzenia w bardzo duże spoilery fabuły nie mogę wylistować szczegółowo co mam na myśli. Mimo wszystko nie chce zdradzać poszczególnych wątków. A nuż ktoś po to sięgnie?

Bo skoro to takie złe, to czemu przeczytałam? Powiem więcej, wciągnęłam ekspresem niepomna wszystkich bzdur.

Powodem jest przede wszystkim sprawna narracja, prostota historii wraz z pewnymi tajemnicami. I tak, „One for my enemy” ma jakieś zalety.

Przede wszystkim, zafascynować może to, co dzieje się między poszczególnymi postaciami. Rodziny się nienawidzą, ale Lew i Sasza się zakochali. Szybko też okazuje się, że jest coś więcej, że losy są bardziej zagmatwane (ale nie jakoś przesadnie i logiczni, ale o tym już było wcześniej). Potem autorka rozbudza w czytelniku przeczcie, że jest tam coś więcej w planach, gdyż stwierdzenie „kiedyś zrozumiesz” nie może paść bez powodu. A aby się dowiedzieć, trzeba czytać dalej. Im dalej, tym szybciej pojawiają się kolejne zwroty, jedne tajemnice są odkrywane, na ich miejsce wskakują następne. Aż do samego końca.

Całość podlana została intensywnymi uczuciami i sprawnym balansem między miłością i nienawiścią, bólem i cierpieniem. A to, w połączeniu z tajemnicami, tworzy napięcie i podkręca wyczekiwanie. Sama akcja też nie stoi w miejscu, tylko wciąż coś się dzieje. Wydarzenia pędzą i przetykane są jedynie drobnymi spokojnymi scenami – mamy więc odczucie, że czas ucieka, że coś nieubłaganie wisi i się zbliża. I to od samego, brutalnego początku. Co, jak wspomniałam wcześniej, nie znaczy że te wszystkie wydarzenia się bronią. No… generalnie to się nie bronią.

I mimo tych wad, ciężko nie poczuć jakiejś więzi z postaciami. I chociaż główną osią zdają się być Lew i Sasza, to jednak moje serce skradła Masza.

I wisienka – styl i narracja. Olivie Blake napisała to tak sprawnie, że przez to się po prostu płynie. Język nie jest wyszukany, ale przy tym nie jest prostacki. Dialogi nie brzmią sztucznie i nie są robione na siłę, biorąc pod uwagę inspirację Szekspirem. Scen erotycznych jako takich nie ma, chociaż namiętność między bohaterami czuć mocno. I na szczęście – żadna z bohaterek nie rozpływa się nad przystojnością płci męskiej i odwrotnie. Także powtarzania po raz dziesiąty, jak to ktoś nie jest zajebisty na szczęście tu nie ma.

Ocena w tym wypadku będzie zależeć od czytającego. Osobiście mi się bardzo podobała, świetnie się przy niej bawiłam totalnie niepomna tych dziur, głupot i braku logiki. Refleksja przyszła po jej zakończeniu. Ale uczucie dobrej zabawy pozostało. Z drugiej strony, nie mogłam nie wytknąć tych, mówiąc delikatnie, nieścisłości w logice i sensie kreacji świata. Dla wielu czytelników mają one znaczenie.

Podsumowanie recenzji „One for my enemy”

„One for my enemy” od Olivie Blake, co by nie było, to książka dobra mająca swoje wady i zalety. Do jednych przemówią te płomienne uczucia i nie będzie im przeszkadzać mało wiarygodny świat. Inni z kolei będą nad tym zgrzytać zębami.

Czy jest to książka zła, tragiczna, bezsensowna? Nie. Jest to powieść jak wiele innych. Nie rzełomowa, nie wybitna. Dodałabym ją spokojnie do szufladki z napisem „romantasy”.

Jak ktoś lubi takie historie to mówię – bierz i czytaj.

Plusy:Minusy:
+ gwałtowność uczuć
+ ogólny koncept
+ styl i narracja
– brak logiki i sensu w wielu miejscach
– niewiarygodny świat

Szczegóły:
Liczba stron: 503
Numer wydania: I
Data wydania oryginału: 30.01.2019
Data pierwszego wydania PL: 30.10.2023
Data tego wydania: 30.10.2023
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Agnieszka Myśliwy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *