Literatura piękna

⏳ 4 min 20 s

Saturnin – Jakub Małecki

Jakub Małecki w swojej powieści „Saturnin” po raz kolejny opowiada intymną historię, tym razem o tytułowym bohaterze i jego rodzinie. Każdy z jej członków został jakoś przez los naznaczony i na swój sposób radzi sobie z tym, co się wydarzyło, raz lepiej, raz gorzej.

Trzy pokolenia

„Saturnin” to moje trzecie spotkanie z tym pisarzem (bynajmniej nie w chronologicznym porządku wydawanych powieści). I zdecydowanie to kolejna, prywatna i bardzo intymna historia, też mocno rodzinna. Saturnin, Satek, Markiewicz to kawaler lat trzydzieści mieszkający w Warszawie w wynajętej kawalerce pracujący jako sprzedawca (ale w sensie taki jeżdżący od jednego potencjalnego klienta do drugiego).

Jego mama Hanna, rozwódka, mieszka wraz ze swoim ojcem Tadeuszem lat dziewięćdziesiąt sześć w rodzinnym domu w Kwilinie. I pewnego dnia dzwoni do Satka, ze jego dziadek wziął jej auto i gdzieś pojechał nic nie mówiąc. Mężczyzna bierze urlop na żądanie i rusza w rodzinne strony. Wycieczka ta przyniesie parę zaskoczeń całej rodzinie Markiewiczów.

Prywatna historia

Jakub Małecki stworzył opowieść na trzy głosy, a właściwie to nawet na cztery. Wprowadza nas bowiem Irka, sporadycznie komentująca całość. Mamy narrację współczesną prowadzoną przez Saturnina z jego powracającymi z dzieciństwa i okresu dojrzewania wspomnieniami. Pojawiają się listy jego matki Hanny do przyjaciółki Teresy, a pod koniec jest sporo rozdziałów przedstawiających losy Tadeusza z okresu II Wojny Światowej i parę lat po niej.

Gdybyście chociaż raz ze sobą pogadali. Ale nie, tata, ty, nawet mama, wy wszyscy musicie być połamani i zamknięci w sobie, tylko że jak chcecie, żeby wam w czymś pomóc, to dzwonicie, słuchaj, Satuś może byś przyjechał (…). Jak przychodzi do tego, że ja czegoś bym chciał, na przykład, kurwa, porozmawiać albo żeby mi cokolwiek wytłumaczono, bo na przykład do wczoraj nie wiedziałem, dlaczego mam tak kretyńsko na imię, to nie, to wtedy jesteście wszyscy super, kurwa, samowystarczalni, zamknięci, milczący.

I w tych historiach jest to, co już znam z poprzednich dwóch – prywatna relację o ludziach w jakiś sposób cierpiących, po trudnych przejściach. Historia przesiąknięta jest smutkiem i w tym wypadku jakąś taką niemocą wyrwania się z sytuacji. Starszy o rok „Horyzont” dał nam dwójkę bohaterów, którzy koniec końców coś zrobili. Tym razem mamy obraz sędziwego Tadeusza, któremu przez całe życie nie udało się pogodzić z czynami, jakich dopuścił się podczas wojny.  Satka, który w zasadzie utknął w marzeniach i popadł w marazm czy też jego niezmienną matkę.

Próbuję zrozumieć, kiedy nastąpił ten moment, w którym kobieta wierząca, że pewne rzeczy w życiu można zmienić, pozwoliła, by właśnie te rzeczy zmieniły ją w kobietę niewierzącą w nic oprócz skarlałego, milczącego i wystraszonego Boga, który ukrywa się w pełnym ornamentów kościele w Radziejowie, bo nigdzie indziej go nie chcą.

Nie mogę się przy tym wyzbyć poczucia, że to trochę przepisana „Rdza”, tyle że w takiej ciemniejszej tonacji. Znów bowiem mamy wojnę i jej skutki sięgające po kolejne pokolenia. Bo w zasadzie cała rodzina Markiewiczów, którą tu dość szczegółowo poznajmy, nie zaznała rodzinnego szczęścia.

I ten obraz jest owszem pięknie i prosto napisany, fascynuje i przyciąga dość wyrazistymi i realistycznymi, choć niezwykle smutnymi postaciami. Niemniej nie zostawia on miejsca do namysłu, bo Jakub Małecki zmyka właściwie wszystkie najważniejsze wątki dając proste odpowiedzi na nasuwające się w trakcie lektury pytania.

Z jednej strony takie podejście jest dobre, z drugiej sprawia, że te zamknięte historie chętnie by się lepiej poznało. Bo w zasadzie są one bardzo ciekawe, ale ledwie muśnięte. Wątek związku Hanny z Witoldem jest intrygujący i stanowi doskonały materiał na osobną powieść, podobnie jak „działalność” Tadeusza w czasie wojny.

Podsumowanie recenzji

„Saturnin” Jakuba Małeckie jest książką bardzo dobrą, pełną czułości, świetnie napisaną i wciągającą z pięknie odmalowanymi uczuciami. Wykreowany świat jest pełen prostych i bardziej złożonych przemyśleń, ciekawych dygresji, krótkich scen dopełniających całość. Postacie przekonują do siebie i jesteśmy je w stanie zrozumieć, polubić czy współczuć im.

W tym wszystkim czegoś jednak brakuje. Fabuła dziur nie ma i składa się w spójną całość od początku do końca, ale jednak coś nie do końca wyszło. Być może tego kwestia tego podobieństwa tej powieści do innych, już przeze mnie czytanych, może zbyt prostej narracji do której pasowałby mi ciut bardziej poetycki język lub tych pytań z bezpośrednimi odpowiedziami, tak różnymi od tego, co znam z ostatniej lektury książki Maxa Czornyja. Nie wiem.

Ogólnie polecam książkę, bo to naprawdę dobra lektura, świetna na początek przygody z literaturą piękną.

Plusy:

  • uczuciowość
  • wielowątkowość

Minusy:

  • duże podobieństwo do “Rdzy”

Szczegóły:

Liczba stron: 316

Numer wydania: I

Data pierwszego wydania: 16.09.2020

Data tego wydania: 16.09.2020

Wydawnictwo: Sine Qua Non