Horror

⏳ 4 min 20 s

Wirus – Graham Masterton

W powieści “Wirus” Grahama Mastertona mamy sytuację, gdy powiedzenie wejść w czyjeś buty czy w czyjąś skórę nabiera zupełnie nowego, bardziej dosłownego znaczenia. I znaczenie to w cale nie jest przyjemne, bo kończy się, nomen omen, rzeźnią i wizytą policji.

Goniąc niewidzialnego

Co może łączyć Pakistankę, która popełniła drastyczne samobójstwo ze spokojnym mężem, który nagle zamordował swoją żonę? I zrobił to w dość brutalny i na tym nie poprzestał. W tym wypadku jest to bardzo niecodzienny wirus, którzy przenosi się w ubraniach. Takich zwykłych ubraniach, jak kurtka, sweter czy płaszcz. Jak się jednak okaże te ciuchy w cale nie są takie zwyczajne jak na pierwszy rzut oka może się wydawać. I to jest ten przypadek, gdy jakieś powiedzenie będące metaforą nabiera zupełnie nowego znaczenia. Takiego dosłownego, od którego włosy na karku stają dęba.

A wracając do samego wirusa, jak to bywa, gołym okiem go nie widać, w tym wypadku nie gołym też. Rozwiązanie sytuacji nie będzie więc proste. Za niewidzialnym wrogiem będzie „gonić”, czy, w zależności od sytuacji, uciekać, tradycyjnie policja, a konkretnie w większości sytuacji dwójka policjantów. Zbiegiem okoliczności do sprawy zostają przydzieleni funkcjonariusze z różnych wydziałów: detektyw Jeremy Thomas Pardoe wraz z detektyw sierżant Jamilą Patel. Pukając od drzwi do drzwi i zaglądając od czasu do czasu do szpitala będą oswajać się z tym paranormalnym zjawiskiem, które nagle opanowało jedną z dzielnic Londynu.

Obok tego głównego wątku pojawi się także podoczna drobna historia kradzieży ubrań używanych z kontenerów i sprzed domów przekazywanych w ten sposób na cele dobroczynne. Proceder ten będzie realizować rozbudowana grupa przestępcza, chcąca się wzbogacić na przerabianiu tychże darów dla ubogich.

Groza i groteska w wersji paranormal

Jak przystało na Mastertona w „Wirusie” grozy nam nie zabraknie, gdyż są i makabryczne morderstwa i kanibalizm, pościgi i ucieczki z walką o życie, niepohamowane szaleństwo oraz szczegółowe opisy mogące wywołać mdłości. Wątek paranormal z wirusem i ubraniami sam w sobie jest świetny, nie wydaje się wymuszony i zostaje genialnie zaprezentowany, gdyż pisarz sięga do znanej nam codzienności. Ubrania z drugiej ręki nie są przecież nowym wynalazkiem.

Co istotne – w powieści pojawia się też pewna doza groteski, gdyż autor puścił wodze fantazji na całego. Dotyczy to zwłaszcza scen końcowych, które zamiast wywoływać strach, zwyczajnie śmieszą swoim absurdem. W pewnym momencie całe budowane od początku napięcie gdzieś niezwuażalnie ulatuje w trybie ekspres, a na pocieszenie daje tylko uśmiech pod nosem. Aczkolwiek ostania scena sama w sobie jest prima sort i pozostawia pytanie o dalsze losy ukazanych tam postaci.

Wirus kontra człowiek

Wykorzystany motyw jest znany i oklepany – nie pierwszy raz mamy wirusa zmieniającego ludzi w potwory. Mastertona podszedł do tematu niesztampowo i dołożył do tego parę świeżych pomysłów tworząc powieść co najmniej zaskakującą, z pewną dozą grozy i groteski. Idealnie pasuje mi tu angielskie słowo (nie mające dosłownego polskiego odpowiednika) „creepy”.

Niestety nie wszystko jest takie cudowne, bo o ile końcówka, choć śmieszna, to się jeszcze broni, to główne postacie protagonistów są zaskakująco nijakie. Pardoe i Patel zostają zarysowani pobieżnie, bez zagłębiania się w ich psychikę oraz analizę emocji w obliczu tak…niecodziennych wydarzeń. Główni detektywi zdają się być nieporuszeni w obliczu rozkręcającego się szaleństwo. Ich kreacja nie zapada w pamięć i wypada bardzo blado na tle czołowej grupy zarażonych wirusem bohaterów. Co również rzuca się w oczy – Pardoe dostał trochę więcej miejsca niż jego partnerka, ale raczej nie wyszło mu to na zdrowie. Jak na detektywa wydaje się nieodpowiedzialny, a czasem postępuje wręcz bezmyślnie.

Można się tu pokusić o stwierdzenie, że detektywi to tylko szyny, po których ma sunąć właściwa, w tym wypadku soczysta, a raczej krwista, akcja, jednak niedosyt i tak pozostaje. Nie da się bowiem określić czym wyróżniają się na tle policjantów z innych powieści kryminalnych, bo o jakimkolwiek wybiciu się w tej, mowy być nie może.

Resumując

Całość wypada jednak zaskakująco dobrze, bo akcja nie jest rozwleczona i wciąż coś się dzieje. A tu ktoś kogoś morduje nożem, a tu policjant próbuje się bronić przed znacząco silniejszymi napastnikami. Karty są odkrywane stopniowo z odpowiednią dawką objaśnień, rozdział po rozdziale zmierzając do wielkiego, bardzo dosłownie wielkiego, finału. Dzięki temu książka wciąga i czyta się ją wręcz jednym tchem.

Nie czuć tego, że motyw o morderczym wirusie jest oklepany, ani tego, że za prowadzących mamy parę detektywów.

Drobna uwaga: Polski tytuł nie jest odpowiednikiem angielskiego i przez to jest mylny. Oryginalny tytuł brzmi „Ghost Virus”.

Źródło grafiki: rebis.com.pl

Plusy:

  • pomysł na „wirusa”
  • wyjaśnienie dopiero na końcu
  • wydarzenia zapadające w pamięć

Minusy:

  • mało wyraziści bohaterowie
  • końcowe powiązanie wątków

Szczegóły:

Cykl: Jeremy Thomas Pardoe i Jamila Patel

Numer tomu: I

Liczba stron: 320

Numer wydania: I

Data pierwszego wydania: 22.05.2018

Data tego wydania: 22.05.2018

Wydawnictwo: Rebis